SEKCJA TENISA ZIEMNEGO | PRZYSTANEK CAFE | CENTRUM WARSZAWA   

Znajomość historii własnego kraju, własnej rodziny buduje tożsamość każdego człowieka. Podobnie jest w przypadku organizacji jaką jest klub sportowy. To co zdarzyło się w przeszłości oraz, że w ogóle się zdarzyło ma wpływ tak na samą organizację jak i również na jej członków i sympatyków. Znaczenie to rośnie tym bardziej jeżeli ta historia związana jest z jednym miejscem, tak jak w przypadku naszej Delty. W Polsce na przełomie XX i XXI wieku upadło wiele organizacji sportowych z tradycjami. Powstały nowe, jednak one dopiero budują sobie swoje miejsce w dziejach sportu. Nasz klub nie należy do najstarszych w kraju czy w Warszawie. Liczymy jednak swoją historię w dziesiątkach lat czym się szczycimy. Przez długi czas myśleliśmy, że nasz klub powstał 20 sierpnia 1970 roku. Rok ten też był wpisany w nasz herb. Jak się okazało myliliśmy się bardzo gdyż nasza historia zaczęła zapisywać się w sportowych annałach dużo wcześniej. Szykując na 45 urodziny materiały opisujące nasze dzieje dotarliśmy do różnych nowych wiadomości. Dzięki temu dzisiaj mamy herb z inną datą, a przedstawione poniżej losy klubu są wreszcie kompletne.

Ponad półwieku w jednym środowisku, w jednej okolicy spowodowało, że zakorzeniliśmy się w świadomości mieszkańców. Grają u nas chłopcy, których rodzice byli również naszymi zawodnikami. Pracują w klubie trenerzy, którzy reprezentowali nasze barwy jako juniorzy czy seniorzy. Spacerując ulicami Warszawy, chodząc na zawody sportowe spotykamy różnych już dorosłych ludzi, którzy wyszli od nas, którzy u nas dorastali. To właśnie jest historia pisana ludzkimi życiorysami, która jest naszym fundamentem.

Opowieść o Klubie Sportowym Delta Warszawa to opowieść jednocześnie o piłce nożnej na Sadybie, Mokotowie i Wilanowie, a zarazem w południowej części w Warszawy. Zebraliśmy materiały jakie były w klubowym archiwum, spisaliśmy wspomnienia kilku osób, w tym najważniejsze Pana Kazimierza Wijaty człowieka przez wiele lat zawiązanego z naszym klubem. Na wiosnę 2015 roku materiał ten w częściach był publikowany w mediach jako „Saga” o naszym klubie. Dzięki temu zgłosili się do nas kolejni ludzie z kolejnymi informacjami, które uzupełniły już do końca naszą wiedzę.

W ponurej powojennej rzeczywistości sport był dla młodego pokolenia jedyną odskocznią od politycznej propagandy. Na warszawskiej Sadybie po II Wojnie Światowej był on powoli organizowany – na początku nieformalnie. Powstało dużo zespołów, które nigdzie niezrzeszone, rywalizowały między sobą w meczach towarzyskich. Spotkania odbywały się m.in. na obecnym obiekcie Klubu Sportowego Delta Warszawa przy Jeziornej 2, oraz na nieistniejących już boiskach m.in. przy Powsińskiej – dziś vis a vis stacji benzynowej. Lokalne derby były bardzo popularne wśród mokotowskiej społeczności. Mecze takie jak Sadyba vs Wilanów, Sadyba vs Siekierki, Sadyba vs Grottgera, gromadziły sporą widownię wokół boiska, które znajdowało się w szczerym polu, bez szatni, wody, prądu czy ogrodzenia. W tamtym okresie najlepszą drużynę miał Wilanów (następnie jako klub Vilanowia, KS Budowlani czy Start). Drużyna ta swoje spotkania rozgrywała na boisku przy ulicy Wiertniczej, czyli na dzisiejszym obiekcie Zespołu Szkół nr 79. Równocześnie około 1954 roku, początkowo nieformalnie zawiązała się drużyna o nazwie Sadybianka. Przez pierwszy okres po powstaniu zespołu, występował on towarzysko z innymi ekipami o podobnym statusie. Taki stan rzeczy trwał do 1955 roku, kiedy ówczesne koło Związku Młodzieży Polskiej ze swoją siedzibą na Sadybie, głosami młodych ludzi z tego rejonu, zorganizowało, założyło i zarejestrowało oficjalnie Klub Sportowy Sadybianka. Utworzono zespół seniorów oraz zespoły juniorskie, wszystkie zrzeszone w piłkarskim związku. W tym samym roku wystartowały one w rozgrywkach ligowych, a swoje mecze rozgrywały na boisku przy ulicy Jeziornej 2, czyli na obecnym boisku Delty. Rok 1955 i założenie KS Sadybianka przyjmuje się za kontynuację działań przedwojennych klubów sportowych z Sadyby, oraz inaugurację powojennego zorganizowanego sportu przy Jeziorku Czerniakowskim. Jest to też data, która po dwóch fuzjach nastepujących później wyznacza początek historii naszego klubu. 

 

Nasze korzenie -  Kiedy patrzymy na dzisiejszą Warszawę często nie zdajemy sobie sprawy, że to co widzimy nim zostało wykonane, musiało zostać wcześniej zaplanowane. Wielokrotnie od pomysłu do realizacji upłynęły długie lata. Klub Sportowy Delta Warszawa funkcjonuje nad Jeziorkiem Czerniakowskim od 1955 roku. Wiemy, że tu również wcześniej, przynajmniej od międzywojnia grywano w piłkę. Dlaczego właśnie tu? Odpowiedz jest ukryta w archiwach historyków, a materiały tam zawarte pokazują dlaczego w ogóle nasze miasto wygląda tak, a nie inaczej.

Na początku 1915 roku jeszcze carskie władze zlecają zespołowi wybitnych architektów polskich pod wodzą profesora Tadeusza Tołwińskiego wykonanie Planu Regulacyjnego dla Warszawy. Dynamiczny rozwój miasta wymagał zmian w podejściu do tego w jaki sposób dalej ma ono funkcjonować, jak ma być rozbudowywane i dostosowane do zmieniających się warunków społecznych. Opracowywano zatem plan rozwoju i przebudowy Warszawy, który dzisiaj nazwali byśmy Planem Zagospodarowania Przestrzennego. Prace trwały prawie dwa lata i w końcu 1916 roku już nie carskie, a niemieckie władze okupacyjne zatwierdzają materiał, który nazwany został - ”Szkic wstępny Planu Regulacyjnego m. st. Warszawy”.  Zapisy planu dotyczyły obszaru całej Warszawy i nakreślały kierunki rozwoju naszego miasta. Dzisiaj nie zdajmy sobie sprawy jak wiele ulic, arterii czy osiedli istnieje dzięki temu dokumentowi w tym, a nie innym miejscu. Plan przewidywał również powstanie w Warszawie dużej ilości terenów zielonych, między innymi zaplanowano olbrzymi park na terenie łąk czerniakowskich i siekierkowskich z rozszerzonym Jeziorkiem Czerniakowskim i stadionem sportowym. Architekci nie mogli przewidzieć, że sto lat później w tym obszarze planowania jedynym elementem zgodnym z ich zamierzeniami będzie mały rezerwat i obiekt Klubu Sportowego Delta Warszawa. Dwie wielkie wojny światowe, odsunęły w czasie realizację całego kompleksu zieleni. Dzisiaj można też powiedzieć, że po latach ze względu na zmiany urbanizacyjne plany te są już nierealne. Cieszy zatem, że udało się uratować obszar wokół Jeziorka Czerniakowskiego, który dla południowo-zachodniej Warszawy jest miejscem gdzie się wypoczywa i uprawia sport. Jeziorko to obecnie rezerwat i zmian większych nie należy się tu spodziewać, miejmy tylko nadzieję, że specjaliści nie dopuszczą do jego wyschnięcia co jest realnym zagrożeniem. Jeżeli chodzi o sport, sytuacja wygląda nieco inaczej. Na terenie obok rezerwatu prowadzona jest od lat aktywna działalność szkoleniowa. Obecnie przygotowywane są plany przebudowy obiektu. Nie będzie to jednak zaplanowany w 1916 roku stadion tylko kompleks boisk i kortów tenisowych z obiektami socjalnymi dla dzieci. Dodatkowo wokół boisk i obiektów dosadzone zostaną duże ilości drzew aby ukryć wszystko w zieleni, ma być to swoisty park sportowy. Do realizacji planów jest coraz bliżej, aczkolwiek jeszcze troszkę trzeba uzbroić się w cierpliwość. Jest już zatwierdzony Raport Oddziaływania na Środowisko, teraz czas na Warunki Zabudowy. Dzisiaj cieszy fakt, że to co ma powstać na Delcie zaplanowano wiele lat wcześniej, piłka nożna w tym miejscu nie jest przez przypadek. Tak jak nie przez przypadek tylko dzięki temu samemu opracowaniu dzisiaj podążamy jedną z piękniejszych arterii Warszawy – Alejami Niepodległości.

 

W pierwszych latach swoją siedzibę klub posiadał w lokalu ZMP na Sadybie, a mecze i treningi odbywały się na Jeziornej. Od samego początku zawodnicy ubrani byli w stroje w charakterystycznych żółto-czerwonych barwach, których obecność w dziejach klubu kontynuowana jest do dziś. Z biegiem lat następowały zmiany w kraju. KS Sadybianka w ramach reorganizacji sportu przemianowana została na TKKF Sadybianka. Jednocześnie nad Jeziorkiem Czerniakowskim władze wybudowały Dom Kultury, do którego przeniesiona została siedziba klubu. Triumfy święcili wtedy dobrej klasy piłkarze tacy jak Marian Gąstał, Jerzy Górniak, Tadeusz Frontczak, Marian Olszewski, Edward Białowąs, Jerzy Antczak, Stanisław Szkiela czy Tadeusz Urban. Sadybianka w sekcji piłki nożnej posiadała dwa zespoły seniorów, a juniorzy z powodzeniem radzili sobie w warszawskich rozgrywkach piłkarskich. Niestety powoli sytuacja finansowa pogarszała się. Na ratunek przyszli klubowi działacze Zdzisław Szczepański i Kazimierz Łapiński. Dzięki nim w połowie 1960 roku doszło do pierwszej fuzji klubów sportowych nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Znana z zapasów na warszawskim Powiślu ZKS Elektryczność w swoich szeregach miała i piłkarzy. Władze Elektryczności nie wiedząc specjalnie co z nimi robić chętnie przystały na ofertę z Sadyby. W wyniku negocjacji zawodnicy z Elektryczności połączyli się z Sadybianką. Nowy klub zachował ciągłość prawną Sadybianki, a piłkarze z Elektryczności wylądowali nad jeziorkiem. Zyskano na tym między innymi nowego sponsora – Elektrociepłownię Siekierki. Po fuzji klub kontynuował batalię w rozgrywkach piłkarskich pod nazwą ZKS Elektryczność. Ciekawostką jest fakt, iż wszystkie drużyny występowały niemal w takim samym składzie jak wcześniej, gdyż finalnie tylko kilku zawodników z Powiśla zasiliło ówczesny zespół z Sadyby. W tym czasie nad Jeziorko Czerniakowskie przybył znakomity trener Pan Henryk Misiak, który był wtedy jeszcze zawodnikiem Polonii Warszawa. Tamten okres był dobrym czasem dla sportowców z Sadyby. Właśnie wtedy w połowie lat 60’ rozegrano pierwszy w historii klubu i Sadyby międzynarodowy mecz z drużyną Giardinetti z Rzymu, a pierwszy zespół seniorów awansował do klasy A.

 

PODRÓŻE PO DAWNEJ SADYBIE - DECHY. Wędrujemy w towarzystwie Pana Kazimierza Wijaty sklejając z kawałków wspomnień całe obrazy, mamy koniec lat 40’ ubiegłego wieku. Władze lokalne właśnie wybudowały w Parku Szczubełka tuż przy tzw. „Bloku” czyli domu Spółdzielni Oficerskiej przy ulicy Powsińskiej – róg Morszyńskiej drewnianą scenę i parkiet. Miejsce to od razu zostaje ochrzczone i nikt nie mówi o nim inaczej jak - „Dechy”. Dlaczego? Odpowiedź rodzi się sama. Scena wybudowana była z desek na podwyższeniu, a parkiet do tańca stanowiły również deski tylko ułożone na ziemi. Dla miejscowej dziatwy scena, a właściwie jej spód staje się ulubionym miejscem przesiadywania. Tu można było ukryć się przed wzrokiem starszych, a jednocześnie był to doskonały punkt do obserwacji tego, co działo się na scenie i parkiecie. Działo się wiele, na Dechach odbywały się imprezy z okazji różnych świąt państwowych (takich jak 1 maja czy 22 lipca). Scenariusz był zawsze taki sam, najpierw występowali artyści scen warszawskich, potem odbywała się zabawa taneczna. W takiej formie Dechy w Parku Szczubełka  funkcjonują  raptem kilka lat. Następuje kilkuletnia przerwa i dopiero po wybudowaniu Domu Kultury (domek obecnie znany jako WOPR-ówka) w połowie lat 50’ następuje przeprowadzka nad Jeziorko Czerniakowskie. Tu Dechy odżyły, więcej nabrały nowego blasku. Oprócz kontynuacji programu z Parku Szczubełka, który nazwijmy to miał galowy charakter są organizowane i zwykłe ludowe zabawy. W takich dniach nie było już monologów, skeczy czy arii. Była za to orkiestra Wojsk Ochrony Pogranicza (WOP – nieistniejąca jednostka z ul. Bonifacego) i były tańce. Zaczynało się wszystko od części otwartej czyli występów dla publiczności, po czym zapełniał się parkiet. W odróżnieniu od bezpłatnych imprez okolicznościowych, na które w całości wstęp był wolny,  tu na tańce można było wejść dopiero po wykupieniu biletu. Najlepsze zabawy na Dechach odbywały się w wiosenne i letnie dni, na koniec tygodnia pracy. Podczas tych oficjalnych zabaw jak i tych ludowych występowali oprócz zawodowców różni artyści amatorzy. Jednym z nich był Pan Rysio, zwany - „Presley”. Śpiewał on przy akompaniamencie gitary piosenki Elvisa Presleya oraz innych wykonawców zachodnich. Wielokrotnie nie było dla niego miejsca na scenie, jednak wtedy siadał  na trawie koło jeziorka, a chwilę później niemal cała widownia przenosiła się w jego okolice. Nie można nie wspomnieć też o sprzedaży obnośnej, która była obecna nad Jeziorkiem. Było to związane z plażą jak i samymi Dechami. Często kręcili się tu różni handlarze oferujący lody czy obwarzanki, które były wtedy największym przysmakiem i to nie tylko dla dziatwy. Wszystko ma jednak swój koniec. Dom Kultury stoi nad Jeziorkiem do dzisiaj, nie ma jednak swojego właściciela. Dechy zaś zniknęły gdzieś w połowie lat 60’, zostawiając po sobie tylko wspomnienia. Dzięki piłce nożnej udało ocalić się obraz tamtych dni. W archiwum naszego klubu znajduje się zdjęcie z 1959 roku przedstawiające ludową zabawę na Dechach przy ulicy Jeziornej (zdjęcie znajduje się w pierwszej galerii poniżej tesktu). Mamy nadzieję, że obraz ten nada naszej opowieści pełnego blasku. 

 

Na bezrybiu i rak ryba - W latach 50’ ubiegłego wieku, sport w Warszawie był organizowany oddolnie. Jednym z miejsc, w którym lokalna społeczność rozpoczynała sportowe dzieje był oczywiście nasz teren przy ulicy Jeziornej. Nie było to jednak proste, trudna sytuacja ekonomiczna odbudowującej się po wojnie Warszawy powodowała, że nikt nie mógł marzyć o metalowych bramkach, czy profesjonalnie przygotowanym boisku. Młodzi piłkarze z Sadyby bez problemu przezwyciężali jednak wszystkie przeszkody. Do początków lat 60’ bramki wykonywane były własnym sumptem z drewna. Efekty często były komiczne, gdyż drewno w kontakcie z naturą nie chciało utrzymywać pożądanych kształtów. Wygięta w łuk poprzeczka, czy trzeszczące słupki nie przeszkadzały jednak nikomu w rozgrywaniu najlepszych spotkań. Na załączonym zdjęciu, widać taką samodzielnie wykonaną, drewnianą bramkę, której poprzeczka ma najlepsze chwile dawno za sobą. Kolejna bardzo ważna sprawa to oczywiście oznaczenie placu, na którym odbywać się miał mecz. Nikt wtedy nie myślał o dzisiaj stosowanych farbach, czy kredzie. Gdzieś od drugiej połowy lat 50’ w użyciu było wapno. Najbardziej ciekawa jest jednak historia jak to było wcześniej. Najpierw próbowano wyznaczać boisko poprzez kreślenie linii patykiem. Niestety ta metoda była zawodna, gdyż biegający zawodnicy szybko zacierali mozolnie wyznaczone pola, w związku z czym, już po chwili nikt nie wiedział gdzie dokładnie boisko się kończy. Nasi starsi koledzy byli jednak zdeterminowani, nie było przeciwności której by nie pokonali. Jak? Bardzo prosto! Przed meczem zawodnicy spotykali się na boisku, tak jak wcześniej wytyczano linię patykiem. Jednak tu następowała myśl racjonalizatorska. W miejscu linii, wykopywane były niezbyt głębokie rynny. Następnie znad Jeziorka Czerniakowskiego przynoszony był piasek i wsypywany w miejsce usuniętego gruntu. Piasek z plaży, jaśniejszy niż ziemia na boisku, odznaczał się, dzięki czemu tak wytyczone linie doskonale wyznaczały zakres pola gry. Jak widać nic, nigdy nie jest w stanie uniemożliwić nam możliwości realizacji marzeń. Wystarczy tylko dobry pomysł i chwila pracy, a nawet rzeczy niemożliwe, stają się możliwe.

 

PODRÓŻE PO DAWNEJ SADYBIE – ZABAWY MŁODYCH. Wędrujemy w towarzystwie Pana Kazimierza Wijaty sklejając z kawałków wspomnień całe obrazy. Jest początek  lat 50’ ubiegłego wieku. Powstaje nad Jeziorkiem Czerniakowskim - Dom Kultury (obecnie znany jako WOPR-ówka). Tu funkcjonuje scena zwana – „Deski”, tu też powstaje bezpłatna wypożyczalnia sprzętu sportowego, gdzie pod zastaw legitymacji szkolnej można było wypożyczyć piłki, kule, dyski, oszczepy czy wiele innych akcesoriów sportowych. Dzięki temu młodzież z Sadyby uzyskuje wspaniałe miejsce do spędzania wolnego czasu. Nie braknie też ludzi z pasją, którzy powodowali, że każdemu chciało się tu przyjść. Osobami takimi był główny animator Pan Błażewicz i  Pan Kryski, który sprawował pieczę nad wypożyczalnią. Cała dziatwa bardzo lubiła i szanowała Pana Kryskiego. Jeden z najstarszych wtedy młodych ludzi Zenon Ziontek, gdy zbierały się dzieciaki pod Domem Kultury wołał często na jego cześć - „Kule i dyski wydaje Pan Kryski!”. Potem przez wiele lat kontynuowano tą tradycję, za każdym razem w innym składzie osobowym. Jeżeli mówimy o sporcie, to nie można nie wspomnieć o piłce nożnej. Wtedy to właśnie zaczynała się ona tworzyć na Sadybie. Animatorem rozgrywek był na początku Pan Zdzisław Szczepański, a potem wraz z nim Pan Kazimierz Łapiński. Organizowano spotkania takie jak  Sadyba – Siekierki, czy Sadyba – Wilanów. Nim pójdziemy dalej warto jeszcze kilka chwil poświęcić wymienionemu wcześniej koledze - poecie. Pan Zenon Ziontek, to też ważna postać Sadyby. W okresie późniejszym był zawodnikiem piłki nożnej i grał na swoim ukochanym boisku na ul. Jeziornej. Reprezentował tu najpierw KS Sadybiankę, a po pierwszej fuzji klubu z Sadyby - ZKS Elektryczność (po drugiej fuzji mamy do dzisiaj w tym samym miejscu Klub Sportowy Delta Warszawa). Był on dobrym duchem młodych piłkarzy Sadyby, dzięki niemu wielu młodych chłopców trenowało piłkę nożną i miało możliwość potem grać w pierwszym zespole najważniejszego dla wszystkich klubu na dolnym Mokotowie. Wróćmy jednak znów nad Jeziorko. W omawianych przez nas latach było tu jeszcze jedno miejsce gdzie spędzało się aktywnie wolny czas. W zatoce Jeziorka, która przylega do boisk piłkarskich Delty, tuż przy kanałku idącym do Wilanowa był wspaniały drewniany basen. Korzystali z niego wszyscy, oczywiście najmłodsi mieszkańcy Sadyby najczęściej. Opiekę ratowniczą na basenie sprawował Pan Paprocki, kolejny działacz społeczny na tym terenie. Zabawy nie trwały tu jednak długo, nie konserwowane elementy drewniane ulegały destrukcji i po kilkunastu latach rozebrano to co jeszcze zostało. Według niektórych, elementy z rozbiórki basenu posłużyły na budowę pomostu po drugiej stronie Jeziorka Czerniakowskiego przed tzw. Domkiem Rybaków, który spłonął na początku XXI wieku. Słów jeszcze kilka o kanałku. Dzisiaj mamy tylko jego pozostałości. Dawniej pełno było w nim wody, a jego szerokość  dochodziła do dwóch metrów i dzięki temu był miejscem gdzie również miło spędzało się czas. Czas, który był nie tylko związany z aktywnością fizyczną. Młodzież w okresie lat 50’ i 60’ preferowała nie tylko sportowe zmagania. Popularne były na Sadybie różne zabawy, na bieżąco wymyślane przez kreatywne dzieci jak i te obecne i w innych miejscach Warszawy. Bardzo popularna była „Klipa”. Gra polegała na podbiciu z ziemi za pomocą jednego patyka, drugiego takiego samego, po czym należało z powietrza jak najmocniej uderzyć w spadający patyk. Wygrywał ten, którego patyk wylądował najdalej od miejsca uderzania. Wśród starszej młodzieży popularne były różne gry karciane z „Jedenaście” na czele. Bardzo często można było spotkać dzieci grające monetami pięciogroszowymi w „Ściankę”.  Zadaniem grającego było uderzyć monetą o ścianę, tak aby odbiła się jak najdalej od niej. Następnie przeciwnik musiał swoją pięciogroszówkę tym samym sposobem umieścić jak najbliżej monety pierwszego gracza. Jeżeli druga moneta znalazła się na odległość mniejszą niż dwa palce, to taki gracz zabierał obie pięciogroszówki. Wszystkie te zabawy z punktu widzenia dzisiejszej młodzieży wdawać się mogą nudne, nie było tak jednak. To dzisiaj można odnieść wrażenie, że ciężko jest czymś zainteresować młodych ludzi, którzy snują się często bez celu. Wtedy w ciężkich powojennych latach, Sadyba tętniła życiem i nikt nie miał czasu na nudę. 

 

Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda - Dzisiaj nasi chłopcy wiedzą, że w sklepach są pełne półki wszelakiego towaru. Lata temu w okresie ustroju socjalistycznego ciężko było kupić cokolwiek, nie inaczej było z dostępnością różnych akcesoriów piłkarskich. Ówczesne władze naszego klubu dwoiły się i troiły, aby zorganizować jak najlepsze piłki, stroje klubowe, czy jakikolwiek inny sprzęt. Pewnego dnia, w pierwszej połowie lat 60' pojawiła się okazja, aby otrzymać kilkanaście par korków. Warunkiem było podjęcie w ciągu zaledwie kilku dni decyzji i zrealizowanie specjalnego talonu. Dokonano ustaleń i przedstawiciel klubu pojechał do wyznaczonego sklepu sportowego, aby odebrać upragnione obuwie dla naszych piłkarzy. Towar czekał na zapleczu. Po powrocie kolegi do klubu okazało się, że czeka nas wielka niespodzianka. Niby wszystko było w porządku. Ilość zgodna z talonem, miały być buty sportowe korki - mamy buty sportowe korki. Niestety nie były to typowe korki do piłki nożnej. Podeszwa wyglądała tak samo, jednak od góry obuwie prezentowało się zupełnie inaczej. Z relacji przedstawionej przez klubowego wysłannika wynikało, że w tamtym momencie jedynymi dostępnymi butami w magazynie były sportowe korki, ale do hokeja na trawie. Czym różniły się takie buty? Otóż na czubie przymocowana była specjalna metalowa płytka, która w hokeju na trawie, uniemożliwiała odniesienie kontuzji stopy. Niestety w piłce nożnej taki dodatek, ograniczał czucie piłki oraz bardzo utrudniał uderzenia. Jak jednak mówią - "Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda", a wyboru nie było. Zatem w wyniku tej hojnej darowizny władz, piłkarze znad Jeziorka Czerniakowskiego przez jakiś czas występowali w takim nietypowym dziś obuwiu piłkarskim. Najśmieszniejszym, oprócz samego wyglądu zawodników, okazał się nowy styl strzałów na bramkę. Bardzo popularne stało się uderzenie "z czuba", które dzięki metalowej płytce, było dużo łatwiejsze do wykonania, a zarazem mocniejsze. Z piłkarskimi butami związana jest jeszcze jedna ciekawa historia. Jak już zauważyliśmy wcześniej w tamtych latach była duża trudność w ich pozyskiwaniu. W Warszawie istniał zakład szyjący takowe obuwie na zamówienie, były to buty ze skóry z zamocowanymi skórzanymi korkami. Mankamentem ich była cena i mała dostępność. Znów radzono sobie sprytem. Kupowano tanie i dostępne, również skórzane buty dla kolarzy, a następnie u rzemieślnika doprawiało się do nich korki. Obuwie to było mało trwałe, jednak dla wielu była to jedyne możliwe rozwiązanie.

 

Dobry żart, tynfa wart - Piłka nożna to nie tylko sport, to coś więcej. Jak wiele czasami nie da się powiedzieć. Kibicują ludzie wykształceni i ludzie prości. Znaleźć można analfabetów i poetów. Jednym z takich był wieloletni kibic naszego klubu, Pan Mieczysław o pseudonimie „Mering”. Pan Mieczysław był obecny na prawie wszystkich domowych spotkaniach od lat 50-tych. Był on nie tylko kibicem, był przyjacielem starszych zawodników klubu, a w szczególności Pana Zenona Ziontka. Jego obecność na trybunach zawsze przynosiła wiele radości tak piłkarzom jak i zgromadzonej publiczności. Pan Mering komentował wydarzenia boiskowe niczym sprawozdawca radiowy. Dzisiaj opowiemy o jednym konkretnym spotkaniu i o tym co się wówczas wydarzyło.  Jest 1 maja 1964 roku, mamy mecz I rundy Pucharu Polski, w którym to ZKS Elektryczność (jesteśmy po pierwszej fuzji) potyka się z drugim zespołem Skry Warszawa. Tego dnia Pan Mieczysław założył się ze znajomymi, iż nie tylko potrafi komentować spotkanie jak profesjonalny sprawozdawca, ale dodatkowo zrobi to mówiąc wierszem. Aby wszystko dobrze widzieć, stanął na wysokości kortów tenisowych, przy środkowej linii boiska i czekał na rozpoczęcie zawodów. To co się działo potem było przez wiele lat komentowane z uśmiechem w całej piłkarskiej Warszawie. My możemy dzisiaj również się pośmiać gdyż w meczu od początku spotkania występował Pan Kazimierz Wijata, który opowiedział nam to co zapamiętał. Na prawej pomocy w naszym zespole występował Pan Jan Kukułka. Zawodnik bardzo szybki, silny fizycznie oraz bardzo dobrze zbudowany. W pewnym momencie minął on w pełnym biegu obrońcę przeciwników. Z trybun zaś dało się słyszeć: „…pracuje jak pszczółka, nasz Janek Kukułka…”. Wszyscy kibice ryknęli śmiechem, gdyż Janowi Kukułce daleko było do pszczółki, a jak relacjonuje Pan Kazio zderzenie z  nim przypominało raczej zderzenie z czołgiem. Kolejna sytuacja dotyczy już samego Pana Kazimierza, który występował na pozycji prawego obrońcy. Naprzeciw niego grał jeden z najlepszych zawodników Skry, na którego wołano „Wacek”. Był on zawodnikiem dobrze zbudowanym, nie tak jednak jak nasz Janek Kukułka. Podczas meczu zawodnicy Skry zagrali ze swojej strefy obrony dłuższą piłkę w kierunku ofensywnie grającego Wacka. W tym momencie podbiegł do niego Pan Kazimierz, aby odebrać mu futbolówkę. Gdy obaj zawodnicy zbliżali się do piłki z trybun dobiegło: „…Kazik, atakuj znienacka grubego Wacka…”. W tym momencie obaj zawodnicy dostali ataku śmiechu, a piłka spokojnie wytoczyła się na aut. Jak widać na przykładzie Pana Mieczysława „Meringa”, trybuny i będący na nich kibice nie zawsze muszą być siedliskiem negatywnych emocji. Warto może o tym pomyśleć i podjąć próbę takiego kibicowania, które niesie za sobą pozytywne wibracje. Kończąc z kronikarskiego obowiązku dodać trzeba, że w spotkaniu, podczas którego wydarzyła się opisywana historia nasi chłopcy pokonali Skrę Warszawa 5:2.

 

Zima starym dokucza, młodych naucza - W dzisiejszych czasach kiedy za każdym prawie rogiem mamy boiska syntetyczne, a hale sportowe kuszą swoimi ofertami nie zdajemy sobie sprawy jakim wyzwaniem była niegdyś zima dla działaczy organizujących zajęcia dla piłkarzy. W połowie latach 60’ juniorzy i seniorzy naszego klubu (wtedy przed fuzją jako ZKS Elektryczność) mieli do dyspozycji jedynie salę gimnastyczną Szkoły Podstawowej nr 103, przy ulicy Jeziornej. Niestety do przeprowadzenia właściwych zajęć, nie była ona wystarczającej wielkości. Z tego powodu ówczesny trener pierwszego zespołu, Pan Henryk Misiak, często organizował bez względu na pogodę gry na boisku. Duży mróz, czy obfite opady śniegu, nie były żadnymi wymówkami dla ambitnych piłkarzy z Sadyby. Pewnego zimowego dnia, kiedy zawodnicy stawili się na zajęcia na zaśnieżonym boisku, trener Misiak ogłosił, że trening odbędzie się… na Jeziorku Czerniakowskim. Zima wtedy była bardzo ostra i Jeziorko było solidnie zamarznięte. Po krótkiej rozgrzewce trener ustawił na lodzie małe bramki i wysłał zawodników na to prowizoryczne boisko. Na początku wszyscy byli bardzo nieufni i ostrożni, jednak z biegiem czasu gra rozkręcała się i panowała coraz lepsza zabawa. Do tego stopnia piłkarze „wkręcili” się, że trenerowi ciężko było zakończyć zajęcia. Największą frajdę zawodnicy mieli wtedy kiedy po wykonaniu jakiegoś zwodu rywal lądował czterema literami na lodzie wykonując dodatkowe akrobacje. Jak się później okazało nie było to ostatnie spotkanie naszych piłkarzy z lodem, gdyż taki nietypowy trening zagościł na stałe w zimowym programie treningowym. Dzięki temu zawodnicy uzyskali dodatkowe miejsce do trenowania, które dodatkowo stało się źródłem dobrej zabawy i świetnej integracji zespołu. Mijały lata, nie zmieniły się jednak upodobania tych, którzy polubili takie granie. Nasz nestor Pan Kazimierz Wijata, który pierwsze spotkanie z boiskiem na Jeziorku odbywał jako zawodnik, kultywował tradycję całorocznych zewnętrznych treningów również już po zakończeniu swojej kariery. W latach 70’ wraz z innymi byłymi zawodnikami i działaczami Panami: Zbigniewem Borucem, Piotrem Plutą, Jerzym Górniakiem, Tadeuszem Wendlakiem i Waldemarem Sygą spotykał się raz w tygodniu na wspólne zimowe zmagania. Pan Kazimierz szczególnie wspomina pewien bardzo mroźny dzień. Nad Jeziorko Czerniakowskie szedł pewny, że nikt nie stawi się podczas tak niesprzyjających warunków. Ku jego zdziwieniu na plaży w komplecie czekali już wszyscy koledzy. Dzisiaj zapewne niewielu było by chętnych na takie granie kiedy do dyspozycji są kryte hale z trawą syntetyczną. Kto wie, może jednak jeszcze kiedyś zobaczymy piłkarzy biegających po lodzie. Wszystko zależy od pogody i oczywiście dobrego humoru.

 
 

Taka sytuacja panowała do lat 70-tych ubiegłego wieku. Elektrociepłownia Siekierki utrzymywała ZKS Elektryczność oraz dzierżawiła dla niej teren przy ulicy Jeziornej. Z biegiem czasu jednak coraz bardziej ograniczała swoją pomoc. Zawodnicy i działacze zdawali sobie sprawę ze słabej sytuacji finansowej i z możliwości upadku klubu. W tym miejscu należy podkreślić obywatelską postawę tych ludzi, którzy wszystkimi swoimi siłami postanowili kontynuować działalność sportową nad Jeziorkiem Czerniakowskim.

Wielu zawodników i działaczy ZKS Elektryczność pracowało w Warszawskich Zakładach Mechanicznych (WZM). Oprócz gry w barwach Elektryczności byli oni również reprezentantami zakładowej kadry piłkarzy. Właśnie podczas jednej z zakładowych spartakiad pomiędzy poszczególnymi wydziałami WZM, powstał pomysł o założeniu Klubu Sportowego Delta Warszawa. Założenie Delty było częścią planu uratowania upadającej Elektryczności, podłożem pod przyszłą fuzję tych dwóch klubów. Konkrety zapadły 20 sierpnia 1970 roku, kiedy finalnie powstała pierwsza Delta. Od tego momentu rozpoczyna się walka o połączenie Elektryczności z nowym klubem. Zadania tego podjęli się Zbigniew Boruc, Adam Eleryk, Kazimierz Wijata, Jerzy Górniak i Kazimierz Kosim, którzy obecni byli w sporcie na Sadybie od lat 50’.

 

Starość nie radość - Każdy zespół piłkarski jest jedną wielką rodziną. Kiedy trzeba to sobie pomagamy, znajdujemy jednak czas i na różne żarty. Właśnie o takiej dowcipnej sytuacji jest dzisiejsza opowieść. Przez wiele lat w naszym klubie najpierw jako zawodnik i kapitan, a następnie jako trener był obecny Jerzy Górniak. Prywatnie Pan Jurek należał do ludzi bardzo uporządkowanych, zawsze w szatni jego rzeczy były poukładane, buty wyczyszczone, a ich rozmiar idealnie dopasowany. Pewnego dnia w połowie lat 70’ koledzy z drużyny upatrzyli sobie Jerzego Górniaka jako ofiarę żartu. Po treningu w szatni Tadeusz Wendlak zagadał Jerzego Górniaka, a w tym czasie Kazimierz Wijata do jego cywilnych butów, wsadził watę. Na tyle mało, aby nie było to mocno  wyczuwalne, jednak na tyle dużo aby sprawiało dyskomfort. Następnie koledzy we trójkę wybrali się nad fosę aby zażyć trochę relaksu. Od początku Jerzy Górniak zachowywał się nieswojo, przystawał co chwilę, zostawał z tyłu. Nic jednak nie mówił, nie przyznawał się, że coś jest nie tak. Wreszcie kiedy grupa dociera na miejsce, wszyscy rozkładają się w trawie. Jerzy Górniak zdejmuje buty i mówi - „Panowie, nic nie mówiłem, ale chyba czas skończyć karierę. Tak mi po dzisiejszym treningu nogi spuchły, że ledwo tutaj doszedłem”. Po tym stwierdzeniu żartownisie nie wytrzymali i buchnęli śmiechem. Wedle wspomnień, Jerzy Górniak wiele razy wypominał swoim kolegom głupi żarcik i nie raz odegrał się w równie śmieszny sposób. 

 
 

Skąd w nazwie nowego klubu pojawił się człon "Delta"? Związek Delty z WZM był bardzo ścisły, wykorzystana została część nazwy zakładu, który zrzeszony był z podobnymi zakładami w jednym Zjednoczeniu. Przewodnią rolę w Zjednoczeniu odgrywał zakład WZM Delta w Mielcu. Działacze warszawskiej WZM, aby zyskać sponsora i zjednoczyć decydentów w zakładzie, do nazwy klubu dołożyli człon „Delta”. Tym samym pełna nazwa klubu brzmiała – Warszawskie Zakłady Mechaniczne Delta Warszawa. Przy kolejnej reorganizacji w Zjednoczeniu znów dokonano zmiany i ostateczną nazwą klubu była Delta WZM Warszawa. Niestety okazało się, że przekonanie działaczy Elektryczności do fuzji nie będzie takie łatwe. Przez blisko rok na boisku przy Jeziornej 2, występowały jednocześnie ZKS Elektryczność i Delta. Mimo przyjacielskich powiązań doszło do animozji w wyniku których Delta na krótki czas przeniosła się na obiekty TKKF Vilanowii. Na szczęście około 1974 roku upadająca ZKS Elektryczność wreszcie sama postanowiła usiąść do rozmów, które miały doprowadzić do połączenia się z Deltą. Finał maratonu nastąpił w radzie zakładowej WZM. Deltę reprezentował szef związków Daniel Łubnicki, Zbigniew Boruc i Kazimierz Wijata, a ze strony Elektryczności obecni byli Kazimierz Łapiński i Jerzy Górniak. Dyrekcja WZM zaakceptowała protokół ciągłości prawnej, a w efekcie fuzję ZKS Elektryczność z Deltą. Od tego momentu zespół ZKS Elektryczność zostaje wchłonięty przez Deltę, która kontynuuje bogatą historię sportu nad Jeziorkiem. Następuje przyjęcie jednolitej nazwy – Klub Sportowy Delta Warszawa, który jako ciągłość po Elektryczności zajmuje również teren nad Jeziorkiem Czerniakowskim, na którym jest po dziś dzień.

Po kilku latach marazmu, spowodowanego coraz słabiej radzącą sobie Elektrycznością, znów zakwitł sport nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Dzięki współpracy z WZM, Delta kontynuowała grę w rozgrywkach seniorów (dodatkowo założono drugi zespół), a tuż po tym powstały nowe zespoły juniorów i trampkarzy. Na terenie klubu przy ulicy Jeziornej zostały wykonane prace porządkowe, zadbano o murawę doprowadzając główną płytę wreszcie do przyzwoitego stanu. Wciąż brakowało światła czy wody, jednak w tamtych czasach było to praktycznie nie osiągalne. Sielanka trwała do końca lat 70-tych. Klub prosperował bardzo dobrze, odnosząc sportowe sukcesy na swoją miarę, a przede wszystkim wychowywał kolejne pokolenia młodych ludzi. W okresie tym powstał nawet plan rozbudowy obiektów przy ulicy Jeziornej.  Niestety narastający kryzys oraz wydarzenia sierpniowe roku 1980 wpłynęły na możliwości klubu. Socjalizm umierał, a wraz z nim na coraz większe problemy natrafiał sport. Planowane przez klub inwestycje na obiekcie stały się melodią przeszłości, a możliwości WZM na współfinansowanie piłkarzy znad Jeziorka stawały się wyzwaniem. Po raz kolejny do głosu doszli działacze i zawodnicy Delty. Aby uchronić klub przed zniknięciem ze sportowej mapy Warszawy, postanowiono przejąć klub. Bez wahania na taką propozycję przystały władze WZM, które wraz ze Związkiem Metalowców (przy poparciu Związku Młodzieży Socjalistycznej i zakładowej partii PZPR) przekazali nowemu zarządowi ciągłość prawną, teren oraz cały sprzęt, który znajdował się w klubie. Ciężar odpowiedzialności za dalsze dzieje Delty wzięli na swoje barki Janusz Mańkowski, Zbigniew Boruc i Kazimierz Wijata.

 

Śmiech to zdrowie - W latach 70' nasz klub działał bardzo prężnie. Powstaje drugi zespół seniorów i nowe drużyny juniorów. W związku z tym na barki działaczy spadają coraz to nowe obowiązki. Gro spraw załatwiali w tamtym czasie Panowie Zbigniew BorucKazimierz Wijata i Jerzy Górniak. Dwaj ostatni odpowiedzialni byli za obiekt i zawodników zaś Pan Zbigniew zajmował się sprawami organizacyjnymi i finansami. Ponieważ piłka nożna to pasja i radość nasi starsi koledzy bawili się też doskonale. Znany z dowcipów był Pan Kazio Wijata, a ze względu na swoją akuratność i skrupulatność częstym ich celem był Pan Jerzy Górniak. Mamy koniec lat 70' Pan Kazio przychodzi do Pana Jurka i mówi, że Pan Zbigniew Boruc  pilnie potrzebuje statystykę roboczogodzin zawodników klubu, gdyż musi to pokazać lokalnym władzom. Zaznaczył jeszcze, że nie chodzi tu o żadną prowizorkę tylko o rzetelne wyliczenie kto i ile czasu spędził na boisku w ostatnim sezonie i to co do minuty. Po chwili Kazimierz Wijata zapomniał już o całej sytuacji. Nie zapomniał jednak o sprawie nieświadomy Jerzy Górniak. Po kilku dniach przychodzi do pokoju, w którym w Warszawskich  Zakładach Mechanicznych pracują Panowie Kazimierz i Zbigniew Boruc. Widząc kolegę Górniaka wchodzącego z teczką pełną papierów, Pan Kazio chowa się za drzwiami, ten zaś zwraca się do Zbigniewa Boruca - "Zbyszku, tak jak prosiłeś, przygotowałem Ci listę roboczogodzin zawodników.". Zdziwiony Zbigniew Boruc, który nie miał pojęcia o całej sytuacji ze śmiechem powiedział - "Powiedz mi przyjacielu, po co mi taka lista?". Jerzy Górniak poddenerwowany mówi - "Przecież Kazik przekazał mi, że potrzebujesz takie dokładne sprawozdanie.". Kiedy Zbigniew Boruc wybuchnął śmiechem, Jerzy Górniak zdał sobie sprawę, że padł ofiarą kolejnego żartu i mówi -"Jakbym miał tylko tego Kazika teraz pod ręką, to bym go udusił. Trzy dni siedzę nad tymi statystykami, po nocach, żeby jak najszybciej je przygotować. Żona powiedziała, że mnie z domu wyrzuci bo zwariowałem...". Nie wytrzymał tego Pan Kazio i ze śmiechem wyszedł zza drzwi do przyjaciół, po czym za chwilę śmieli się juz wszyscy razem. Właśnie taki duch zawsze panował w naszym klubie, praca i radość. To uśmiechy na twarzach, często były tym, co pozwalało poradzić sobie z różnymi problemami i przeciwnościami losu. Patrząc na dzisiejszą atmosferę w klubie nic się nie zmieniło, jest praca, jest też i śmiech.

 

Ból jest najlepszym nauczycielem - Dziś jeśli przejdziemy się po naszym obiekcie to ujrzymy dwa boiska do piłki nożnej. Niewiele osób wie, że na przełomie lat 70’ i 80’, klub dysponował trzecim boiskiem, którego losy w drastyczny sposób zakończył Stan Wojenny. W końcu lat 70’ zarząd klubu zagospodarował teren zielony znajdujący się naprzeciw bocznego boiska, po południowej stronie ulicy Goczałkowickiej. Wyznaczony został plac gry, wyrysowane linie i postawione bramki.  Boisko to służyło głównie do treningów oraz gier kontrolnych. Niestety nasi piłkarze nie mogli się nim długo cieszyć. Nadeszła jesień 1981 roku. Sezon występów na boiskach zewnętrznych został zakończony srogimi mrozami i opadami śniegu, a w kraju nastał dramatyczny okres Stanu Wojennego. Mimo, że na obiekcie nic się nie działo gdyż zawodnicy trenowali w wynajętych halach nasi działacze systematycznie odwiedzali bazę klubu i kontrolowali jej stan. Pewnego dnia, a było to raptem kilkanaście dni po 13 grudnia Panowie Kazimierz Wijata i Tadeusz Wendlak podczas spaceru doznali szoku. W miejscu trzeciego boiska ich oczom ukazał się wysoki płot. Nie było jakiegokolwiek śladu po bramkach czy boisku, a prace z ogrodzeniem kończyli żołnierze jednostek należących do MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych) czyli do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW). Na pytanie Pana Kazimierza co się dzieje, żołnierze odpowiadali, że dostali rozkaz i nie wiedzą co tu ma być. Tak, to w ciągu jednego dnia przestało istnieć nasze trzecie boisko. Władze klubu starały się interweniować, napisano setki listów, w Trybunie Mazowieckiej ukazał się duży artkuł na temat zawłaszczenia terenu. Niestety nic nie dało się zrobić, nikt nie chciał z nami rozmawiać. Dlaczego do tego doszło, dowiedzieliśmy się wszyscy na wiosnę 1982 roku. Okazało się, że na naszym terenie powstały ogródki działkowe, które za swoje zasługi otrzymywali różni pracownicy resortów bezpieczeństwa i obronności. Ogródki te istnieją po dzień dzisiejszy i są dalej własnością tych samych ludzi. My dziś z żalem możemy patrzeć i wspominać, nie przybędzie nam jednak dzięki temu. Trzecie boisko straciliśmy bezpowrotnie. Mamy jednak hart ducha, który zbudowały właśnie takie różne przeciwności i to jest zyskiem, zyskiem którego nikt i nigdy nam nie zabierze.

 
 

Znów dzielni sportowcy z Sadyby nie dali się przeciwnościom losu. Delta wciąż istniała i kontynuowała swoją sportową działalność. W rozgrywkach występowali seniorzy, a w krótkim czasie powstało 6 drużyn juniorskich. Decydenci klubowi mimo niedużych możliwości finansowych dbali o obiekt przy ulicy Jeziornej. Własną pracą wyremontowane zostały szatnie, a na terenie panował porządek. Lata leciały, a razem z nimi niestety coraz bardziej natarczywe stawały się problemy finansowe. Ostatnie lata XX wieku to była już walka o przetrwanie. Możemy dzisiaj być wdzięczni, iż ówczesne władze klubu borykając się z olbrzymimi problemami nie dopuściły do upadku. Delta wciąż trwała! „Boso, ale w ostrogach” to słowa Stanisława Grzesiuka jednego z chłopców z  Dolnego Mokotowa sąsiada klubu, które oddają to co się działo.  Bez prądu, bez wody, z dziurami w dachu, ale wciąż z ambicjami. Jednym z tych, którzy to wszystko spinali był wielokrotnie już wspominany Kazimierz Wijata. Ten człowiek był wtedy kiedy było lepiej, został też kiedy było naprawdę źle. Dzięki niemu to wszystko toczyło się dalej. 

 
 

W tym czasie wielu działaczy sportowych przedkładało swoje partykularne interesy nad dobro klubu. Takie działania doprowadziły znane warszawskie marki piłkarskie do upadku. Jednak Kazimierz Wijata myślał inaczej, to klub był najważniejszy, nie jego „ego”. Szukał długo rozwiązania, znalazł je przez przypadek na Łazienkowskiej. Dzięki znajomym trafił do Andrzeja Trzeciakowskiego, który zarządzał wtedy piłką młodzieżową w Legii. Odbyło się spotkanie, potem drugie i w wyniku ich w połowie 2001 roku dochodzi do zmiany warty we władzach klubu. Przychodzą nowi ludzie, profesjonaliści  związani z piłką wyczynową, którym marzy się zrobić coś innego, wyznaczyć nowe standardy. Od razu zmienia się wszystko, zostają spłacone długi oraz wdrożony zostaje program naprawczy. Pierwsze lata to prace związane z rewitalizacją bazy sportowej i określeniem dalszej strategii działania oraz zapewnieniem stabilnego bytu. Klub i jego otoczenie zmieniają się w sposób diametralny. Główna płyta boiska staje się powodem do dumy, zaplecze socjalno-techniczne wreszcie staje się na odpowiednim poziomie.

Dzięki staraniom nowych władz pierwszy raz od 1955 roku klub wreszcie ma pewność, że nikt nie wyrzuci go z nad Jeziorka. Nikt nie idzie do sądu, nie zostaje złożony wniosek o zasiedzenie. Zostaje wybrana inna metoda gwarantująca to samo ale bez długoletnich przepychanek prawnych z władzami Warszawy. Klub zrzeka się wszystkiego łącznie z naniesieniami i dzięki temu zostaje objęty specjalnym programem rewitalizacyjnym. W wyniku tego w lipcu 2011 roku zostaje podpisana 25-letnia umowa dzierżawy terenu klubowego. Wreszcie wszystko jest jak trzeba. Natychmiast też po otrzymaniu aktu notarialnego rozpoczyna się proces uzyskiwania zgód na przebudowę całego obiektu. Plany są wspaniałe, jednak trzeba uzbroić się w cierpliwość gdyż droga do rozpoczęcia budowy to kilkuletni proces uzyskiwania stosownych pozwoleń. Wszyscy nad Jeziorkiem mają nadzieję, że już niedługo będzie można pochwalić się obiektem sportowym na europejskim poziomie. Obecnie co najważniejsze Delta ma zapewnioną stabilność organizacyjną i finansową. Klub posiada sponsorów technicznych pomagających w prowadzeniu szkolenia. Brakuje jeszcze sponsora strategicznego, jednak prowadzone są różne rozmowy, które pozwalają mieć nadzieję na ciekawy finał.  Jest duża szansa, że wraz z otwarciem nowego obiektu będzie można ogłosić i taką wiadomość.

Zmiany we władzach oprócz odmiany w sposobie zarządzania to również nowe podejście do piłki. Pierwszy okres to głównie nacisk na rozwój zespołu seniorów w oparciu tylko o chłopców kończących grę w juniorach. Do Delty ściągani byli młodzi zdolni zawodnicy, którym zapewniano start w dorosłą piłkę. Tak właśnie w piłkarskim świecie zaistniał między innymi Robert Lewandowski. Jednak to nie było do końca dobre. Praca z najmłodszymi stanowiła jedynie uzupełnienie, co nie zadowalało władz klubu. Po wnikliwych analizach władze klubu dochodzą do wniosku, że kierunek jest odpowiedni, trzeba jednak zmienić tylko sposób dojścia do celu. Po sezonie 2004/2005 dochodzi do rozwiązania zespołu seniorów, priorytetem staje się w pierwszej kolejności zbudowanie doskonałego szkolenia dzieci i młodzieży. Na piłkę seniorską przyjdzie pewnie czas kiedy będą mogli grać w takim zespole klubowi wychowankowie. Mijają raptem dwa, trzy lata od momentu kiedy zmienia się sposób działania i już widać efekty. Delta staje się mocną siłą piłki młodzieżowej w Warszawie. Potrzeba jeszcze troszkę czasu, nowych obiektów nad Jeziorkiem i klub będzie silny już nie tylko lokalnie ale w skali całego kraju. Przyśpiesza ten proces w roku 2013 rozwinięcie działań szkoleniowych na nowe obszary Warszawy. Powstają filie klubu dzięki czemu w Delcie trenuje coraz więcej młodych ludzi. 

 

Polska to jest piękny kraj - Jak specyficznym rejonem jest obszar wokół Jeziorka Czerniakowskiego niech świadczy dzisiejsza opowieść. Jest początek XXI wieku, jesteśmy w europejskiej stolicy. W naszym klubie od niedawna nowy Zarząd rozpoczyna starania o zmiany strukturalne. Pewnego dnia dochodzi do rozmowy przed wejściem do budynku klubowego w czasie której padają ustalenia co i gdzie niebawem ma zostać zrobione na obiekcie. Nagle Andrzej Trzeciakowski, który był wówczas Prezesem Rady Nadzorczej zdziwiony pyta się współrozmówców - "Panowie! Czy ja dobrze widzę, na naszym bocznym boisku krowa się pasie?". Bez żadnej emocji Kazimierz Wijata odpowiada, że to przecież normalne i nie ma się czemu dziwić gdyż tak jest od zawsze. Następnie opowiada co zdarzyło się gdzieś w połowie lat 90' ubiegłego wieku - "Przed spotkaniem ligowym, które ma zostać rozegrane na bocznym boisku Pan Kazio idzie sprawdzić stan murawy z ówczesnym Prezesem Panem Januszem Mańkowskim. Działaczom dzielnie towarzyszy jeden z kibiców klubu, Pan Rysio. Po dotarciu na boisko okazuje się, że kilka krówek pojada sobie tam trawkę. Panowie przeganiają bydlątka nieco poza obszar gry. Wszystkie krówki spokojnie zmieniają miejsce wypasu, jedna jednak stoi bez reakcji. Pan Rysio, który był najbliżej próbuje jakąś znalezioną gałązką pomóc zwierzakowi w decyzji. Niestety nie daje to żadnego rezultatu w związku z tym Pan Janusz i Kazio przychodzą z pomocą. Obaj jednak za chwilkę mają włosy postawione dęba, gdyż jako wytrawni specjaliści dostrzegli, że nie jest to zwykła krasula lecz dorodny byczek. Rozpaczliwe znaki dawane Panu Rysiowi powodują zaniechanie jego akcji przeganiania zwierzaka i cała grupa powoli zaczyna odwrót. Spokój podziałał widać na byczka kojąco gdyż sam bez dalszych ponagleń przemieścił się kilkanaście metrów poza boisko. Niestety dalej już nie miał ochoty nigdzie iść i przebywał przez cały mecz tuż za linią boczną. Nasi Panowie zdenerwowani udawali, że nie wiedzą o co chodzi. W niczym nie zorientowali się też kibice, zawodnicy czy sędzia zawodów. Szczęśliwe mecz zakończył się naszym zwycięstwem po którym wszyscy cali i zdrowi rozeszli się do domów.". Po wysłuchaniu tej historii w ustalono, że jednak z uwagi na "pewne" szkody, które może czynić krówka lub ich większa ilość należy uprosić sąsiada rolnika, aby to wypasanie odbywało się nie na samym boisku tylko wokół niego. Zdziwiony człowiek, przystał na to i jeszcze kilka lat można było zobaczyć krówki to tu, to tam wokół naszego bocznego boiska. Dopiero gdzieś koło 2004 roku w tle Elektrociepłowni Siekierki przestały pojawiać się te biało-czarne stworzenia. Jedni powiedzą, że dobrze, drudzy inaczej. Nic nie poradzimy jednak urbanizacja naszej okolicy postępuje.

 

Podróże kształcą - Trwa sezon 2002/2003, a właściwie jego runda jesienna. Seniorzy naszego klubu występują w Mazowieckiej Lidze Seniorów, co jest odpowiednikiem obecnej IV ligi. Od początku rozgrywek wiadomo, że o dwa miejsca premiowane awansem do ligi wyższej będą rywalizowały trzy zespoły - Wisła PłockKasztelan Sierpc i my. Jest zimny, pochmurny wrześniowy dzień (14-09-2002). Nasz zespół jak zawsze składający się z bardzo młodych zawodników rozgrywa ważne wyjazdowe spotkanie w Sierpcu z silnym Kasztelanem. Szala zwycięstwa przechyla się raz w jedną stronę, raz w drugą. Pod koniec spotkania przy wyniku remisowym, kiedy do ostatniego gwizdka sędziego pozostały minuty, do głosu dochodzą rywale. Próbują strzelić nam bramkę i doprowadzić do zwycięstwa. Nasi chłopcy bronią się, próbując kontratakować. W pewnym momencie udaje nam się zagrać z własnej strefy obronnej dłuższą piłkę w kierunku napastnika. Pomocnik Kasztelana, ich największa gwiazda wyczytał zamiar i szybko wraca do asekuracji. Widząc jednak, że nie da rady wyprzedzić piłki, próbuje ją w połowie boiska dosięgnąć z wyskoku. Udaje mu się to, futbolówka mocno uderzona zmienia tor lotu. Nie dochodzi do naszego napastnika lecz ląduje nad głową bramkarza z Sierpc w bramce. Cały stadion zamiera, przeciwnicy są zdruzgotani. Po chwili sędzia kończy zawody i bardzo ważne trzy punkty są nasze. Do Warszawy wyjeżdżamy już po zmroku, mocno zmęczeni ale szczęśliwi. Nasza podróż nie trwa jednak długo, zaraz za rogatkami Sierpca mamy awarię i autokar staje na poboczu. Okazuje się, że to poważniejsza sprawa i musimy czekać na drugi autobus. Co tu robić do tego czasu? Odpowiedź znajdujemy po wyjściu na  zewnątrz pojazdu. Z pobliskiego budynku dochodzi muzyka, parkuje też obok dużo samochodów. Mieliśmy szczęście stając prawie przy samym zajeździe z restauracją. Po dotarciu do obiektu widzimy, że odbywa się tu właśnie wesele. Po negocjacjach z właścicielem udaje nam się załatwić małą salkę gdzie możemy zjeść kolację. Jak jednak łatwo przewidzieć osiemnastu przystojnych piłkarzy, bardzo szybko znajduje się zamiast w salce ze smacznym posiłkiem na parkiecie z dziewczynami. Co przeżywali trenerzy i działacze pilnując naszych chłopców trudno dziś opisać. Po dramatycznym meczu, wielkich emocjach i szczęśliwym zwycięstwie nasi chłopcy odreagowywali. Jak opowiadał nam Prezes Andrzej Trzeciakowski udało się na szczęście opanować sytuacje na tyle, że wszystko skończyło się "miło". Po kilku godzinach wreszcie wracamy do stolicy w rozśpiewanym autobusie. Mijając ulicę Łazienkowską daje się słyszeć okrzyki, że teraz to i tu byśmy wygrali. No i oczywiście zwyczajowe - "Wijata Kazimierz, nie rusz Kazika bo zginiesz!". Pana Kazia jeżdżącego zawsze z zespołem oczywiście nikt nigdy nie ruszył. Z Legią nie graliśmy, toteż nie udało się nam z nią wygrać. Najważniejszym okazało się, że kolejne spotkania były równie udane jak to z Kasztelanem i w czerwcu 2003 roku zakończyliśmy rozgrywki awansem do IV ligi (obecna III). Jak widać podróże kształcą, zwłaszcza te z problemami.

 

Życie jak czeski film - Jeżeli ktoś myśli, że niesamowite historie zdarzają się tylko w filmach jest w błędzie. Mamy początek XXI wieku, nasz zespół seniorów gra w IV Lidze (obecna III Liga), jest okres przerwy zimowej. Pewnego dnia na zajęcia przychodzą prezesi Andrzej Fijałkowski z Andrzejem Trzeciakowskim przyprowadzając chłopaka, który był naszym zawodnikiem grającym wtedy w innym zespole wyższej ligi seniorskiej. James Oamen bo o nim to mowa wtedy jeszcze nie władał językiem polskim. Został przedstawiony trenerowi. Ustalono, że będzie jakiś czas trenował u nas, a potem zobaczymy co będzie dalej. W przypadku problemów językowych Andrzej Fijałkowski zobowiązał się do pomocy. Rozpoczyna się trening, trener informuje zawodników co będą robić. W pewnym momencie kieruje się do Jamesa i mówi – „Patrz mi cały czas na usta, będę mówił wolno to będziesz wszystko rozumiał.”. Jak powiedział tak robił. Przez cały trening wolno i wyraźnie tłumaczył co nasz Nigeryjczyk ma wykonywać. Prezesi przy linii bocznej zwijali się ze śmiechu, najlepsze jednak dopiero nadeszło. Schodząc do szatni przerażony James zapytał się – „Dlaczego trener przez cały czas próbował mnie zaczarować i rzucał na mnie jakieś uroki?”. Po tych słowach Prezesi nie mogli ustać na nogach, a James już żadną siłą nie dał się ściągnąć na kolejne zajęcia. Pomijamy w tej opowieści nazwisko trenera, nieznajomości języków obecnych też wcale nie potępiamy. Warto jednak pamiętać będąc gdzieś w Świecie, że jak będziemy mówić wolno i wyraźnie, a po polsku, to szansa abyśmy zostali zrozumiani jest tylko wtedy kiedy przez przypadek będziemy nasze słowa kierować do rodaka.

 
 

Coraz częściej głośno mówi się o Delcie, coraz częściej też słychać o chłopcach, którzy stąd wychodzą. Dzieje się tak dzięki temu, że zawodnicy klubu mają zapewnione szkolenie na wysokim poziomie jak i ścieżkę zawodowej kariery. Co ważne klub dba również, aby wraz z rozwojem sportowym wszyscy chłopcy mieli zapewniony rozwój obywatelski i szkolny. Nic nie można zostawić przypadkowi z Delty muszą wychodzić prawi obywatele, którzy potrafią sobie poradzić w życiu. Na dzień dzisiejszy klub może się już powoli zacząć chwalić. Nad Jeziorkiem wychowuje się setki chłopców, pojawiło się już kilkanaście karier zawodniczych. To właśnie są największe sukcesy, to jest powód dla którego w Delcie wre praca. Wymieniony wcześniej Robert Lewandowskiego, nie jest już jedynym naszym powodem do chwały. W galerii gwiazd każdego roku przybywa zawodników, którzy grali i grają na różnych szczeblach sportu zawodowego. Lista tych chłopców dostępna na stronie klubowej  jest każdego roku uzupełniana i wszyscy w klubie są pewni, że będzie tak zawsze. Jeżeli trzeba wymienić jako sukcesy jakieś poszczególne osiągnięcia to jest ich mniej gdyż nigdy nie to był to cel nadrzędny. Powoli jednak plany klubowe zataczają koło i niedługo i ta lista będzie coraz większa.

Dzisiaj warto wymienić:

Osiągnięcia w piłce seniorskiej:
- Najwyższa lokata zespołu: po rundzie jesiennej sezonu 2004/2005 - IV Liga (obecna III Liga) 2 miejsce.
- Najwyższa lokata zespołu na koniec rozgrywek: sezon 2004/2005 - IV Liga (obecna III Liga) 5 miejsce.

Zespołowe osiągnięcia w piłce młodzieżowej:
- drużyna 1992 w sezonie 2006/2007 – Mistrzostwo Warszawy
- drużyna 1992 w sezonie 2006/2007 - II Vice Mistrz Mazowsza
- drużyna 1996 w sezonie 2007/2008 – Mistrzostwo Warszawy
- drużyna 1996 w sezonie 2009/2010 - II Vice Mistrzostwo Warszawy
- drużyna 1996 w sezonie 2011/2012 - Vice Mistrzostwo Mazowsza

Od sezonu 2015/2016 w klubie funkcjonuje "System Stypendialny". Dzięki niemu wszyscy nasi zdolni zawodnicy niezależnie od statusu majątkowego są w części lub całości finansowani przez klub. 

Oprócz tradycyjnego podejścia do sportu od roku 2005 dochodzi do otwarcia się klubu na różne zewnętrzne przedsięwzięcia. Delta staje się w różnych obszarach na rynku warszawskim bardzo aktywna. Ilość organizowanych imprez i akcji jest ogromna. Klub uczestniczy we wszelkich wydarzeniach społecznych w dzielnicach na których działa jak i w tych dotyczących obszaru całego miasta. Stoisko klubowe znane jest wszędzie tam gdzie coś się dzieje. Nikt nie ogranicza się do samego sportu,  klub jest wszędzie tam gdzie są mieszkańcy. Nie warto tu wszystkiego wyliczać gdyż byłoby to nudne. Jednak z kronikarskiego obowiązku trzeba wymienić przynajmniej to, co dzieje się regularnie.

- Warszawskie Dni Sportu – klubowa akcja promująca aktywność ruchową w przedszkolach i szkołach podstawowych (klasy młodsze);
- Mistrzostwa Szkół Podstawowych – klubowa akcja turniejowa dla dzieci szkół podstawowych (klasy starsze);
- Delta Cup - klubowy cykl turniejowy dla trenujący zawodników różnych roczników w obrębie szkoły podstawowej;
- Lwy Lechistanu Cup – klubowy cykl turniejowy dla trenujących zawodników różnych roczników w obrębie szkoły podstawowej;
- Halowe Mistrzostwa Warszawy - klubowy cykl turniejowy dla trenujących zawodników różnych roczników w obrębie szkoły podstawowej i gimnazjum;
- Mistrzostwa Gimnazjów - klubowa akcja turniejowa dla dzieci szkół gimnazjalnych;
- Pożyteczny Mokotów – festyn dla mieszkańców promujący organizacje pozarządowe działające na Mokotowie;
- Dni Saskiej Kępy – festyn  dla mieszkańców z udziałem firm oraz organizacji pozarządowych działających na Pradze Południe;
- Prasko-południowe Prezentacje -festyn dla mieszkańców promujący organizacje pozarządowe działająca na Pradze Południe;
- Targi Ochockich Organizacji Pozarządowych - festyn dla mieszkańców promujący organizacje pozarządowe działająca na Ochocie;
- Kalejdoskop Edukacyjny - festyn dla mieszkańców promujący organizacje pozarządowe zajmujące się pracą z dziećmi w Warszawie;
- Narodowy Dzień Sportu - festyn dla mieszkańców promujący organizacje pozarządowe zajmujące się sportem w Warszawie;
- Obchody rocznicowe Powstania Warszawskiego – różne akcje upamiętniające to ważne dla Warszawy wydarzenie.

W klubowym życiu ważne są cele, ale i ważni są ludzie. To dzięki nim osiąga się sukcesy, dzięki nim buduje się charakter i tożsamość. Dlatego też w roku 2010 została ustanowiona nagroda - „Zawsze razem”. Jest to wyróżnienie dla tych ludzi, którzy swoim bezinteresownym działaniem wsparli klub i jego zawodników.

„Zawsze razem”:
Andrzej Fijałkowski (w roku 2010), Kazimierz Wijata (w roku 2010), Wiesław Wilczyński. (w roku 2011), Jerzy Sawicki (w roku 2012), Jolanta Kurbiel (w roku 2013) i Sebastian Gmurek (w roku 2015).

Kiedy mówimy o ludziach, którzy zostawili część serca w klubie warto wśród nich wymienić tych, którzy sprawowali tu różne funkcje. Niestety nie udało się zebrać informacji wcześniejszych niż z roku 1970. Wypada mieć nadzieję, że kiedyś uzupełnimy te dane.

Władze klubu - Prezesi Zarządu:
Robert Grabowski (od sierpnia 1970 do sierpnia 1971), Adam Eleryk (od sierpnia 1971 do sierpnia 1972), Krzysztof Kanabus (od sierpnia 1972 do sierpnia 1976), Zygfryd Dutkiewicz (od sierpnia 1976 do sierpnia 1980), Feliks Chmielewski (od sierpnia 1980 do sierpnia 1988), Janusz Mańkowski (od sierpnia 1988 do września 2001), Dariusz Bodzan (od września 2001 do stycznia 2007), Andrzej Trzeciakowski (od stycznia 2007 do dnia dzisiejszego)

Władze klubu - Prezesi Rady Nadzorczej (wcześniej nie było tej funkcji):
Andrzej Trzeciakowski (od września 2001 do stycznia 2007), Andrzej Fijałkowski (od stycznia 2007 do dnia dzisiejszego)

Dyrektorzy Sportowi (wcześniej nie było tej funkcji): 
Jacek Mazurek (od września 2001 do maja 2005), Jacek Romańczuk (od maja 2005 do grudnia 2007), Sebastian Gmurek (od grudnia 2007 do dnia dzisiejszego)

Wypada zakończyć opowieść o historii Klubu Sportowego Delta Warszawa  i obiecać, że będzie ona pisana do końca świata i jeden dzień dłużej.

Warszawa 29-07-2017 

 
Urząd Miasta Stołecznego Warszawy Marcon Modecom
Towarzystwo Sportowe Falenica Select - players choice
Copyright © 2013 K.S. DELTA WARSZAWA